|
Wystawcie mnie na próbę! - mówi Pan Zastępów -
czy wam nie otworzę okien niebieskich i nie wyleję na was błogosławieństwa
ponad miarę - Mal. 3:10.
Tzw. „teologia sukcesu” jest nauczaniem
bliskim wielu milionom Chrześcijan. Zakłada ona, że Bóg zapewnia materialny
dobrobyt tym, których obdarza łaską. Twierdzenia takie można spotkać w różnych
grupach protestanckich, zielonoświątkowych i charyzmatycznych. Zwolennicy tych
poglądów głoszą, że wierzący mają prawo do błogosławieństw w postaci zdrowia
czy bogactwa, zaś dobra te mogą być osiągnięte przez właściwe wyznanie wiary i
„sianie ziaren” w postaci wiernego oddawania dziesięciny lub innych datków.
Sukces tego ruchu nakłada się na rosnącą dziś
popularność tzw. mega-kościołów [„Megakościoły – to określenie używane w
stosunku do zborów protestanckich, które w ciągu tygodniowego cyklu nabożeństw
zgromadzą ponad 2000 uczestników. Obecnie w Stanach Zjednoczonych istnieje
prawie 1400 megakościołów. Z tej liczby, około pięćdziesiąt największych
megakościołów w tym kraju zrzesza osobno od 10.000 do 47.000 wyznawców.
Najczęściej megakościoły są teologicznie związane z ewangelicznym nurtem
protestantyzmu, choć istnieją również megakościoły będące zborami kalwińskimi.
Część z nich jest częścią ruchu kaznodziejów telewizyjnych i teleewangelistów. Historia
megakościołów rozpoczyna się w XX stuleciu, choć już pod koniec XIX wieku w
nabożeństwach Baptystycznej Świątyni Metropolitalnej Charlesa Spurgeona
(należącej do reformowanych baptystów) w Londynie zgromadzało się 5 tysięcy
wiernych. Pierwszym megakościołem był Zbór Jeruzalem w Acts, który liczył w
latach 50. XX wieku 3 tysiące zborowników. Ruch megakościołów rozprzestrzenił
się obecnie również poza Stany Zjednoczone i Europę. Obecnie, pięć na dziesięć
największych megakościołów świata, znajduje się w Korei Południowej. Największym
megakościołem świata jest zielonoświątkowy Kościół Pełnej Ewangelii w Yoido, w
Korei Południowej, liczący 830.000 zborowników”, za Wikipedia, http://pl.wikipedia.org/wiki/Megakosciół].
Powodzenie takiego nauczania można zrozumieć gdy zdamy sobie sprawę, że
większość Chrześcijan podpisujących się jego założeniami, nie jest szczególnie
zaznajomiona z treścią Pisma Świętego. Co więcej, wielu z kaznodziejów tej
teologii w ogóle nie zajmuje się głoszeniem Słowa. Dobrobyt, jak się zdaje, sam
w sobie jest wystarczająco atrakcyjnym przesłaniem. Co zatem Pismo Święte mówi
o dobrobycie, jako nagrodzie za wiarę?
Jezus powiedział: „Kto nie dźwiga krzyża swojego,
a idzie za mną, nie może być uczniem moim” (Łuk. 14:27). Śmierć na krzyżu jest
jedną z najbardziej nieludzkich i bolesnych rodzajów śmierci. Jezus nie
powiedział, że wszyscy Jego naśladowcy zostaną ukrzyżowani, albo doświadczą
ekstremalnego bólu. O dźwiganiu krzyża mówił w sposób przenośny. Rzymscy
przestępcy skazywani na karę śmierci mieli sami nieść krzyż na miejsce kaźni.
Wysiłek i hańba z tym związana uznawana była za część kary. Jezus rozpoczął swą
drogę na Golgotę niosąc swój krzyż, a gdy opadł z sił, zmuszono Szymona aby
poniósł go za Niego.
Jezus mówił, że Jego uczniowie muszą być
gotowi ponieść ciężar, jaki im będzie dany. Gdy Jezus daje nam krzyż do
niesienia, nie jest to kara. W rzeczywistości, ma to być dla nas
błogosławieństwo. Jest to wyjątkowy przywilej. Niesienie krzyża jest
możliwością zidentyfikowania się z największym przykładem bezinteresownej
miłości, jaki widział wszechświat.
Możemy mieć do czynienia z cierpieniem, możemy
się spotkać ze wstydem. Gdy jednak zrozumiemy, czyimi śladami idziemy, te
pozornie negatywne odczucia związanie z noszeniem krzyża staną się możliwością
okazania miłości dla naszego Pana, przyczyną dla której On niósł swój krzyż.
Jezus i Kościół muszą być zupełnie wypróbowani
i sprawdzeni. Choć ich doświadczenia nie są inne niż te, które „zwykły
nawiedzać ludzi” (1 Kor. 10:13, BT), to jednak ich rezultat daleki jest od
„zwykłego”. Z tych doświadczeń i cierpień płynie wiedza i wzrost, które nie
mogłyby być zdobyte w żaden inny sposób.
Zasada ta dobrze jest widoczna w
doświadczeniach samego Jezusa: „I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa
przez to, co wycierpiał, a osiągnąwszy pełnię doskonałości, stał się dla
wszystkich, którzy mu są posłuszni, sprawcą zbawienia wiecznego” (Hebr. 5:8-9).
Jezus był zawsze posłusznym synem, jednakże
posłuszeństwo w próbach i trudnych doświadczeniach było szczególnie istotne dla
Jego własnego rozwoju. W wyniku siły jaką zdobył oraz zupełnemu zaufaniu Bogu,
stał się arcykapłanem zdolnym wspierać tych, którzy stawali przed własnymi
próbami i pokuszeniami (por. Hebr. 2:18). To jest prawdziwy, duchowy dobrobyt
osiągnięty przez Jezusa, który nie posiadał niczego na tym świecie, poza własnym
ubraniem (Mat. 8:20). On wyznaczył standard dobrobytu, który powinniśmy starać
się zdobyć: nie dobra doczesne, nie zdrowie fizyczne, lecz życie dla Bożej
chwały i służby dla innych.
Gdy zdamy sobie sprawę z tego, że Boży plan
zbawienia ześrodkowany jest w krzyżu Chrystusa, wówczas uświadomimy sobie w
sercu i umyśle, że noszenie swojego krzyża jest warte tego wysiłku, a pewnego
dnia również i nasze życie może mieć znaczenie. Możemy mieć udział w dziele
doprowadzania ludzkości do doskonałego życia, doskonałej społeczności z Bogiem.
Jezus musi jednak sprawdzić, czy jesteśmy
oddani Jego sprawie. Połowiczne zaangażowanie nie wystarczy. Sprawa jest zbyt
ważna, aby ją traktować lekkomyślnie. Bóg jest zbyt wielki, by akceptować
częściową lojalność. Jedynym sposobem aby udowodnić nasze poświęcenie jest
włożenie sobie krzyża na ramiona. Ci, którzy nie są zupełnie oddani sprawie
Chrystusa, w końcu położą go na ziemi, będą wieść życie pełne kompromisów i nie
uczynią go centrum swych życiowych spraw.
W trudach życia mogą zdarzyć się chwile, gdy
zadrżą nam kolana, a plecy będą zmęczone. Jezus nie stoi nad nami z lupą,
szukając najmniejszych uchybień. On wie, że z natury jesteśmy słabymi
naczyniami, a wszelkie nasze niedoskonałości zakrywa własną zasługą. Oczekuje
czystych intencji serca. On chce, abyśmy pragnęli nieść swój krzyż, a gdy go
upuścimy z powodu słabości lub zmęczenia, pomaga nam go podnieść i włożyć sobie
z powrotem na ramiona.
Po co służymy Bogu?
Teologia sukcesu wywołuje pytanie o motywację.
Czy po to przychodzimy do Boga, aby zapewnił nam doczesne błogosławieństwa?
Niestety wiele osób uległo takiemu nauczaniu i
wyrobiło w sobie fałszywe oczekiwania. Gdy tylko ich nadzieje się nie sprawdzą,
porzucają Boga i tracą wiarę. Jeżeli masz
wystarczającą miłość sprawiedliwości, miłość dla prawdy, szlachetne zasady
życiowe, chęć uwielbienia swego Stwórcy przez kroczenie ścieżkami
sprawiedliwości, wówczas po chwili głębokiego zastanowienia uznasz, że poczucie
obowiązku wzywa Cię do zupełnego oddania się.
Jeżeli zależy nam na
sprawiedliwości, jeżeli kochamy szlachetne zasady, takie jak prawość, prawda i
miłość, jeżeli chcemy wykorzystywać nasze życie dla uwielbienia Boga w sposób
najlepszy z możliwych, wówczas poczujemy się zobowiązani aby podjąć krzyż i
przyłączyć się do Pańskiej sprawy. Możliwość tę będziemy postrzegać jako nasz
obowiązek. Jeżeli wypływa to z naszego serca i chcemy poświęcić się temu
począwszy od dziś aż do wieczności, wówczas powinniśmy przyjąć wezwanie do
pełnego poświęcenia się, do życia w samoofierze.
Życie w samoofierze jest rzeczywiście
szlachetnym podejściem do życia. Czasami świat, a także i Chrześcijaństwo, ma
trudności w dostrzeganiu praktyczności szlachetnych idei. Szlachetnymi ideami nie
zapłaci się rachunków. Często nie prowadzą one do sukcesu w życiu. Nie można
wydać szlachetnych uczuć. Jednak w rzeczywistości, ideały poświęcenia i
noszenia krzyża są najbardziej praktycznym i znaczącym podejściem do
wartościowego życia.
Gdy popatrzymy na nasze życie z perspektywy
Bożej, długoterminowej, wówczas zdamy sobie sprawę z tego, że dla Niego ideały
poświęcenia ostatecznie zaowocują nieporównywalnymi korzyściami i nagrodami.
Pomyślmy o świecie, w którym pieniądze nie mają żadnego znaczenia. Wyobraźmy
sobie świat, gdzie miarą sukcesu nie jest osiągnięty wynik finansowy, ale
rozwój dobrego charakteru i stopień oddania się Bogu. W takim środowisku,
poświęcenie byłoby wskaźnikiem powodzenia. Życie prowadzone ku chwale Bożej
byłoby wzorcowym standardem dla innych, a nie materialny dobrobyt.
Oddając Bogu nasze życie w tym wieku, bierzemy
udział w budowie szkieletu struktury społecznej, która jest celem Bożego planu.
Ten plan będzie zrealizowany wówczas, gdy każda osoba na świecie będzie
poświęcona Bogu. Gdy wola Boża zapanuje w sercu każdego człowieka, wówczas
wszyscy dostrzegą praktyczną stronę prowadzenia życia zgodnie z Bożymi
wymaganiami. Wtedy również będziemy świadkami społeczeństwa żyjącego w prawdziwym
dobrobycie. Dobrobyt materialny przyjdzie jako konsekwencja oddania się Bogu i
jego zasadom.
W Łuk. 14 Jezus prowadził z apostołami
dyskusję o tym, na czym polega bycie uczniem. Mówił o „liczeniu kosztów”, aby
przekonać się czy rzeczywiście jesteśmy w stanie prowadzić życie poświęcenia i
ofiary. Swoją wypowiedź zakończył słowami: „Tak więc każdy z was, który się nie
wyrzeknie wszystkiego, co ma, nie może być uczniem moim” (Łuk. 14:33).
Przypomina to nam historię bogatego młodzieńca z Mat. 19:16-23. Miał on dobre
serce i chciał dowiedzieć się na czym polega naśladowanie Jezusa. Chrystus
powiedział mu: „Rzekł mu Jezus: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co
posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, potem przyjdź i
naśladuj mnie” (Mat. 19:21).
Wówczas człowiek ten policzył koszty i okazało
się, że były one dla niego za wysokie. Nie miał pojęcia, co stracił odmawiając
Jezusowi. Czy Jezus faktycznie miał na myśli sprzedaż wszystkiego? Czy chodziło
mu o pozostawienie całego majątku? W Mat. 25 Jezus określa swoje oczekiwania
względem nas. Wspomina tam przypowieść o sługach, z których każdy dostał pewien
talent. Ci, którzy osiągnęli najlepsze wyniki na podstawie tego, co otrzymali,
zostali najlepiej ocenieni przez Pana. Ci zaś, którzy nie wykorzystali tego
talentu we właściwy sposób, zostali nazwani „leniwymi”, a ich talent został im
odebrany.
Ilustracja jaką się posłużył Jezus zawiera w
sobie taką naukę, że od chwili poświęcenia naszego życia Panu, powinniśmy
traktować nasz majątek również jak poświęcony. Nie jest on już naszą
własnością, ale Pana. Innymi słowy, rozstajemy się z nim. Stanowi on teraz
talent, który musimy wykorzystać w
służbie Pańskiej. Jak wykorzystujemy te talenty w bezpośredni sposób wskazuje
na poziom naszego zaangażowania w sprawy Pana.
Gotowość wykorzystania wszystkiego, co mamy
aby służyć Panu, jest częścią policzenia kosztów. Czy potrafimy rozstać się z
własnym majątkiem? Czy potrafimy uznać go za należący do Pana? Czy umiemy
wykorzystać go w sposób, który by oddawał mu chwałę i był mu miły? Jeżeli tak,
wówczas zaczniemy proces wzrostu i rozwoju, który poprowadzi nas do głębokiego
i trwałego duchowego dobrobytu, dobrobytu ducha i samoofiary w służbie innym.
Jezus nazwał to prowadzeniem obfitego życia (Jan. 10:10).
Otrzymawszy od Filipian hojną pomoc i
wsparcie, apostoł Paweł zapewnił ich o Pańskiej opiece nad nimi. Powiedział: „A
Bóg mój zaspokoi wszelką potrzebę waszą według bogactwa swego w chwale, w
Chrystusie Jezusie” ( Filip. 4:19).
„Jest to Boża obietnica, jaka będzie
dotrzymana. (…) On nie zobowiązał się aby dać mi wszystko, czego pożądam, ani
tego, o co być może się modlę. Wiele z moich potrzeb jest zupełnie sztucznych i
zrodzonych w egoizmie. Mogę pragnąć bogactwa, ale On może widzieć, że moja
dusza będzie bogatsza gdy ja będę ubogi. Mogę prosić o awans, ale On może
wiedzieć, że moja droga do świętości wiedzie przez dolinę upokorzenia i
rozczarowania. A zatem zgadza się On dać mi tylko to, czego faktycznie
potrzebuję, co jest zupełnie odrębną kwestią od tego, czego ja mogę pragnąć” - T. L. Cuyler.
Prawdziwe powodzenie nie może być określone
sumami pieniędzy, jakie posiadamy, ani jakością naszego zdrowia. To są złudne
mierniki. Jeżeli powierzymy nasze życie Bogu i będziemy wykonywać Jego wolę
wówczas zadba On o nas obdarzając nas tym, czego potrzebujemy aby wzrastać
duchowo.
Niech każdy z nas stara się dalej poszukiwać
Bożej mądrości ,która nie pragnie ulotnych przyjemności doczesnego bogactwa,
ale wiecznego dobrobytu jaki znajduje się we wspaniałych zasobach nieba. |