|
Strona 2 z 5
Mijały lata i zbliżamy się do czasu wędkowania, i samotnych rozmyślań na łonie natury. Moja „gleba”, raz wilgotna, raz skalna i sucha, odsłaniała się i w końcu padło „ziarno”. Tak nawiasem mówiąc pewno padło dawno, ale zimowało i dopiero zaczęło kiełkować.
Tak po prostu znowu zacząłem prosić mojego Boga, którego imienia jeszcze nie znałem, o to by dał jakiś znak, że mnie słucha i chce ze mną pogadać.
Często jadąc samochodem prawie mechanicznie odmawiałem Ojcze nasz i zdrowaśki przerywane myślami prowadzącymi do zwątpień na jakiś czas aż do pewnego listopadowego popołudnia, kiedy moje życie zawisło na cienkiej żyłce, jak w tej wędce, która w moich rękach przebywała tyle, co obecnie Pismo Święte.
Na początku nawet mnie nie ratowano, bo wrak mojego auta i wisząca nad kierownicą moja głowa sugerowały, że pomoc mi już chyba jest nie potrzebna. Jednak stało się inaczej.
Po dwóch dniach obudziłem się w szpitalu. Z jednej strony pacjent w bezruchu, z drugiej nie inaczej a ja pewnie tak samo, bo wkoło przewody i brak jakichkolwiek odczuć. Jest pięknie. Spokój, miła opieka, uśmiechy i dalej spokój. Żadnych problemów.
Twarze odwiedzających znane, ale imiona jakby mniej znane. Słowa jakby też znane, ale co oznaczają, mniej oczywiste. Coś mówię, do końca sam nie wiem co, ale mi to nie przeszkadza.
Mija kolka dni. Nie ma wężyka, przewodów i mogę wychodzić z pokoju na spacery, na razie kilkumetrowe. Nagle myśl – chcę do kościoła. Pytam i dostaję odpowiedź, że to gdzieś na dole a niedziela jutro. Już nie mogę się doczekać. Lekarstwa zażyte i w szlafroku wybieram się, ale na dole nic nie rozumiem, więc wracam skąd przyszedłem.
Odwiedziny kochanej rodziny i kolejne przeżycia. Nie umiem czytać i pisać. Tęsknota za domem no i kościołem. Wszystkich przytulam, nie pamiętam żadnych urazów, złości, uprzedzeń. Tak po prostu, jakby od zawsze.
|