|
Strona 4 z 5
Poznaję człowieka, z którym tak po prostu zaczynam mówić o Bogu. Niesamowite, nowe doznanie i nowa droga. Dlaczego? Dostaję sms-a, coś z listu do Tymoteusza. Oczywiście czytam z ciekawością, bo kolega mądrze mówił i jak uderzenie samochodem spada ma mnie jasność, o którą się tyle modliłem. Nie mogę w to uwierzyć, że to takie oczywiste, proste i zrozumiałe. Tyle lat wątpliwości i błądzenia po manowcach tego świata, a tu taka prawda, jak prysznic po dniu ciężkiej pracy na piaszczystym polu.
Na początek fragmenty, a potem odnośniki i kolejne odpowiedzi.
Jakie to proste, ale zastanawiające, bo czytać umiem od 30 lat, a dopiero teraz tak naprawdę rozumiem, co czytam.
Wszystko jasne, ale w głowie powstaje pytanie: W co wierzyłem? Czy w ogóle wierzyłem?
Dlaczego musiałem na to czkać 36 lat? Odpowiedź prosta. Ziarno zostało podlane.
Zbuntowany udałem się do zboru ŚJ. Czytałem, rozmawiałem i znowu czytałem, i było w porządku do czasu, gdy pojawiły się pytania, na które odpowiedzi nie było.
No dobrze, była, ale zza oceanu, a dla mnie potrzebna była odpowiedź płynąca z serca, bo sercem myślałem. Zalany nowościami o kształcie „drewna”, na którym zmarł Jezus, o Jego rodzeństwie i innymi „dogmatami zza oceanu” powoli otwierałem oczy i zacząłem rozumieć, że ta „wąska droga” nie tędy wiedzie. Trzeba się zająć wielbłądem a nie komarem.
Znowu parę stron pominę, bo temat znany: spięcia rodzinne.
Pewnego pięknego dnia trafiam na ciekawą stronę internetową Jakuba, który powalił mnie znajomością i szczerą interpretacją Pisma, ale nie sugerującą wyłączności na zbawienie. Pochłaniam wszystko i wysyłam maila. Kilka pytań i na tym koniec.
|